piątek, 27 października 2017

|07| „Pestki przyjaźni”

Wystarczyło raptem kilka sekund, by uświadomił sobie, co powiedział i zaczął tego żałować. Na sobie czuł przenikliwe i – cholera! – wciąż zatroskane spojrzenie Toriel. Kobieta na dłuższą chwilę zamarła po jego wyznaniu, bez wątpienia zaskoczona, czego zresztą mógł się po niej spodziewać. Cóż, nie na co dzień słyszało się takie rzeczy, prawda?
– Ja… Och zapomnij – mruknął gniewnie, w pośpiechu próbując się wycofać. Podejrzewał, że na to za późno, ale nie dbał o to, zwłaszcza że niczego nie był jej winien.
– Flowey…
– Powiedziałem już!
Tylko na niego patrzyła, wciąż niezrażona tym, że mógłby być nieuprzejmy. W tamtej chwili zaczął żałować tego, że utknął w doniczce i nie mógł po prostu odejść. Jasna cholera, w co on się wpakował? Przecież wiedział, jak bardzo jakiekolwiek naczynie ograniczało jego ruchy, jakby już i tak nie miał problemów ze swobodnym pojawianiem się tak, gdzie chciał! Gdyby ktoś go teraz zaatakował, byłby martwy i to definitywnie, skoro już nie potrafił resetować. Szlag, aktualnie nawet nie mógł bezpiecznie ruszyć się z cholernego blatu!
Wyprężył się, gwałtownie prostując na swoim miejscu. Wciąż obserwował Toriel, aż nazbyt świadom, że ta nie pozostawała mu dłużna. Co teraz zamierzała? Szlag, to zdecydowanie nie było czymś, co powinien powiedzieć na wstępie komuś, komu nawet nie ufał! Zwlekał ze zwierzeniem się Frisk, a jednak…
– Więc skąd bierze się twoja magia?
Zamrugał, początkowo nie potrafiąc zrozumieć pytania, które mu zadała. Dopiero po dłuższej chwili zapanował nad sobą na tyle, by skoncentrować się na Toriel, nie wspominając o udzieleniu jakiejkolwiek odpowiedzi.
– Co…?
– Powiedziałeś, że nie masz duszy – podjęła, starannie dobierając słowa. Flowey skrzywił się w odpowiedzi na te słowa; w końcu sam najlepiej wiedział, co i komu mówił. – Skoro tak, skąd bierze się twoja magia? Bo masz ją w sobie.
To już nawet nie było pytanie, ale stwierdzenie faktu i to wytrąciło go z równowagi bardziej niż cokolwiek innego. Nigdy wcześniej nie myślał o tym w ten sposób. To, co potrafił – ataki, które jak najbardziej wpływały na dusze innych, a więc musiały być magiczne – po prostu się działo i było dla niego równie naturalne, co i poruszanie. W gruncie rzeczy bardziej przejmował się resetami, choć z czasem i te wydały mu się czymś oczywistym, teraz zaś była Frisk i jego determinacja przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.
– J-ja… – Co miał powiedzieć? Jasna cholera, jakie to w ogóle miało znaczenie?! – Nie wiem! To tylko pestki i korzenie! Normalna sprawa, bo – niespodzianka! – jestem rośliną i…
Mimo wszystko się zawahał, coraz bardziej niepewny tego, co mówił. Czy to możliwe, że coś przeoczył i od wieków żył w błędzie? Nie chciał brać tego pod uwagę, a tym bardziej robić sobie nadzieję na coś, co nie miało racji bytu. Nadzieja zbytnio raniła, a on odrzucił ją już dawno temu. Cokolwiek by się działo, nie zamierzał znów popełnić tych samych błędów.
– W porządku. Nie chciałam cię zdenerwować, Flowey.
Cicho warknął, nie mogąc się powstrzymać. Dlaczego musiała mu robić dokładnie to samo, co Frisk?
– Czemu? – obruszył się, nie mogąc się powstrzymać. – Nie rozumiem, dlaczego jesteś dla mnie taka miła, nawet kiedy sam traktuję cię inaczej.
Może nie powinien o to pytać, ale po rozmowie o duszy było mu tak naprawdę wszystko jedno. I tak zamierzał zgarnąć Frisk i się stąd wynosić, więc jakie to miało znaczenie? Toriel była tylko kolejnym nic nieznaczącym przystankiem w drodze do czegoś więcej, o ile tym razem mieli bez przeszkód dotrzeć do bariery.
Tylko co potem…?
– Jesteś moim gościem, to po pierwsze. A po drugie, Frisk ci ufa, więc i ja nie mam co do tego zastrzeżeń – usłyszał i jedynie wywrócił oczami. – Jest tak czysta i miła, że trudno mi uwierzyć, by myliła się względem ciebie, nawet jeśli… – Toriel zamilkłą, po czym wzruszyła ramionami. – A ty chcesz ją chronić.
– Mała, naiwna kretynka – mruknął, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Cieszył się, że jako kwiat nie mógł się zarumienić.
– Z kolei ty jesteś zagubiony, stąd ta złość.
Och, na litość Boską! Miał wrażenie, że znów trafiła w sedno, znając go o wiele lepiej, niż mógłby sobie tego życzyć. To jakiś szósty matczyny zmysł czy jak? Nie żeby wciąż myślał o niej jak o matce, ale jednak…
Dość, dość, dość…!
– Dobra, dobra… Nie prosiłem o darmową psychoanalizę – obruszył się, nie pierwszy raz w ostatnim czasie czując się tak, jakby ktoś przypierał go do muru. – Uzdrawianie, ta? O tym mieliśmy mówić. Darując sobie tę całą gadkę o duszy, w którą absolutnie nie wierzę, bo jej nie mam – niemalże wycedził, kładąc nacisk na najważniejsze słowa – to mam rozumieć, że to jednak magia, taka jak ta, której używam? Mam sobie wyobrazić, że chcę komuś pomóc i wtedy to zrobię?
– Hm… Na swój sposób, jeśli dzięki temu łatwiej ci zrozumieć. – Toriel nie wydawała się zaskoczona tym, że wciąż mógłby chcieć się czegoś nauczyć. Sam nie wiedział, dlaczego ta kwestia wydała mu się istotna, ale wszystko wydawało się lepsze, by zmienić temat, skoro nie mógł tak po porostu odejść. – To jak podnoszenie kogoś na duchu!
Do cholery… Czy to był żart?!
– Litości – wymamrotał, nie kryjąc rozdrażnienia. Jej poczucie humoru utrzymywało się na poziomie podobnym do tego, który prezentował roześmiany worek kości.
Różnica polegała na tym, że w przypadku kogoś takiego jak Toriel, jakiegokolwiek żarty brzmiały jeszcze bardziej koszmarnie, choć ona przynajmniej darowała sobie czarny humor.
Odpowiedział mu śmiech, który ostatecznie zdecydował się zignorować. Dobra, Flowey, czas zrobić z siebie idiotę, pomyślał z przekąsem. Czas sięgnąć do duszy, której nie masz, by zwizualizować sobie cudowną, magiczną moc uzdrawiania. Przecież to takie proste!
Podejrzewał, że gdyby wypowiedział te słowa na głos, brzmiałyby jeszcze bardziej idiotycznie.
– Flowey?
– Chwila – mruknął z irytacją. – Medytuję. Czy co to mam zrobić… Rany, jakie to głupie!
Mruczał coś jeszcze, skupiony na wyrzucaniu z siebie poszczególnych słów. Na swój sposób ułatwiało mu to koncentrację, dlatego z czasem zamilkł, w zamian próbując sobie wyobrazić, że przygotowuje się do ataku. To nie tak, że leczenie jakkolwiek kojarzyło mu się z próbą skopania komukolwiek tyłka, ale skoro miał szukać powiązań, to czemu nie. Na dobry początek potrzebował swojej magii w takiej postaci, jaką znał, by potem zastanawiać się, czy może zrobić z nią cokolwiek innego, poza rozdarciem czyjejkolwiek duszy na kawałeczki.
Zabijaj albo giń… Ulecz się albo daj mi spokój!
To brzmiało źle, nawet bardzo, ale miał to gdzieś. Zamknął oczy, chociaż rzadko pozwalał sobie na to przy osobach, które równie dobrze mogły okazać się wrogami. W tamtej chwili było mu wszystko jedno, zresztą jakaś jego cząstka naprawdę ufała Toriel. Co prawda wciąż tego do siebie nie dopuszczał, ale prawda pozostawała prawdą, niezależnie jak bardzo próbowało ją się odeprzeć.
Nie miał większych problemów z wyobrażeniem sobie, że mógłby zaatakować. To, jak się bronić, dawno zdołał opanować do perfekcji, zupełnie jakby korzenie i pestki, które wykorzystywał, były zamiennikami dla kończyn. Możliwe, że tak właśnie się stało, choć i nad tym nie chciał się zastanawiać. Bardziej intrygowała go kwestia tego, czy faktycznie mógł wykorzystać magię do czegoś więcej, niż tylko ataku albo obrony. Na pierwszy rzut oka myśl, że wszystko mogłoby zależeć od nastawienia, brzmiała głupio, ale z drugiej strony… Jakoś musiało to działać, prawda? Skoro determinacja wystarczyła, żeby wrócić do życia po tym, jak poniosło się śmierć, to może również uzdrawianie opierało się na czymś podobnym.
Musiał chcieć pomóc. Czy to w ogóle miało prawo działać w przypadku kogoś, kto utracił całe współczucie…? W zasadzie… Czemu nie, prawda? Może wystarczyła właśnie determinacja, którą wciąż w sobie miał, nawet jeśli Frisk pod tym względem okazała się zdecydowanie lepsza. Skoro reset został mu odebrany, być może mógł wykorzystać te chęci zupełnie inaczej, a przy tym w równie praktyczny sposób…
Wystarczyło chcieć… I to nie tyle ze współczucia, co nawet czystego egoizmu. Nie potrzebował wrażliwości, by zażyczyć sobie zrobienia czegoś, co przy okazji niosło korzyść dla innych.
Zawahał się, czując znajome ciepło. Determinacja? O tak, znał ten stan i to bardzo dobrze, chociaż od pojawienia się Frisk rzadko sięgał do tej siły. Tej… magii, bo było w tym uczuciu coś, co kojarzyło mu się właśnie z nią. W tamtej chwili narastała w nim, przypominając o tym, że przecież zawsze miał ją w sobie na wpadek, gdyby okazała się potrzebna. Przecież dzięki temu przeżył tyle czasu, choć jako kwiat wydawał się łatwym celem dla tych, którzy pragnęli go skrzywdzić.
Ta siła sprawiała, że przy odrobinie szczęścia mógłby zmieść ze swojej drogi każdego, kto by mu się nawinął…
Albo mógł pomóc, gdyby akurat takie było jego życzenie.
Gdyby zamiast niszczyć cudzą duszę, zapragnął ją naprawić, chociażby za pomocą…
– Flowey!
– PESTKI PRZYJAŹNI!!! – wyrwało mu się.
Wyprostował się niczym struna, znów wystraszony. W tamtej chwili najpierw myślał, później działał, dlatego nie od razu zorientował się, że pod wpływem impulsu jednak zdecydował się na atak. Zanim zdążył się zastanowić, już miał przed sobą mlecznobiałą, jarzącą się łagodnie duszę potwora – jakże inną od ludzkiej, zarówno pod względem koloru, jak i kształtu. Tyle przynajmniej zdążył zaobserwować w ułamku sekundy, zanim kształt dosłownie przeszył cały grad drobniutkich pestek, które wystrzelił, a które z łatwością mogły rozerwać cudzą duszę na kawałki.
Potwory z łatwością można było zabić, zwłaszcza kiedy te nie chciały walczyć, a tym bardzie ufały temu, kto je atakował. Miłość, współczucie i magia – właśnie to pozwalało im funkcjonować, jakkolwiek niedorzecznie mogłoby brzmieć w świecie, gdzie liczyło się zabijanie. Jakkolwiek by jednak nie było, Toriel mu ufała, a jednak to w nią uderzył z całą mocą, instynktownie próbując się obronić.
Zamarł, pustym wzrokiem wpatrując się w jeden punkt – w drżącą duszę, chociaż ta z wolna zaczęła zamazywać mu się przed oczami. Pośpiesznie skupił się na Toriel, kiedy ta zatoczyła się w tył, nie upadając wyłącznie dzięki temu, że w porę pochwyciła się jednego z blatów. Spuściła głowę, aż puszyste uszy częściowo przysłoniły jej twarz, przez co nie mógł ocenić jej wyrazu.
– Ty… – wydyszała drżącym głosem.
O nie… O nie, nie, nie, nie…!
Co zrobił? Co on zrobił…?! Przecież to nie miało być tak! Nie miało być…
Dlatego powtarzał, żeby go tak nie zachodziła! Dlatego tak bardzo prosił, żeby…!
Nie, nie…
Nie.
– FRIIIIIIISK!!!
Obudziła się w samotności. Tyle przynajmniej wywnioskowała, kiedy po kilkukrotnym wypowiedzeniu imienia Flowey’ego nie doczekała się odpowiedzi, a pomimo starannego nasłuchiwania nie usłyszała niczego, co mogłoby świadczyć o obecności kwiatu. Wiedziała, kiedy zasypiał, więc to, że nie było go obok, wydało się Frisk najzupełniej oczywiste.
Przez kilka sekund trwała w bezruchu, oddychając szybko i płytko, wciąż pod wpływem tego dziwnego snu. W pamięci wciąż miała parę lśniących, czerwonych oczu ze snu – i ten głos, którego tak szybko nie miała być w stanie zapomnieć. To tylko sen, pomyślała, ale z jakiegoś powodu miała wrażeni, że oszukiwała samą siebie. Kogokolwiek widziała, to nie był przypadek. Nic z tego, co działo się wokół niej, takie nie było.
Zawahała się, zastanawiając nad tym, czy powinna opowiedzieć o tym Flowey’mu. Podejrzewała, że najpewniej wyśmiałby go, gdyby stwierdziła, że jej największym aktualnym problemem jest jakikolwiek sen. Co więcej, miała wrażenie, że to coś, co powinna zachować dla siebie, choć i tego nie potrafiła wytłumaczyć. Podświadomie czuła, że działo się coś ważnego, ale wiedziała zdecydowanie za mało, by móc należycie przeczucia wykorzystać.
Postać, którą widziała… I ten głos…
Dlaczego to wszystko wydawało się aż tak istotne.
Mogę ci pomóc…
Zadrżała, po czym wyprostowała się gwałtownie, przez krótką chwilę gotowa przysiąc, że ktoś wyszeptał tych kilka słów wprost do jej ucha. Ba! Nie ktoś przypadkowy, ale właśnie dziewczyna ze snu – czy może raczej upiór, bo żaden człowiek nie powinien mieć takich oczu. Nerwowo potrząsnęła głową, bardziej niż wcześniej zaniepokojona tym, jak bardzo ograniczone zostały jej zmysły. Dotychczas mogła udawać, że brak wzroku nie robił na niej aż takiego wrażenia, a przynajmniej że mogła sobie z tym poradzić, ale na dłuższą metę to tak nie działało. Zwłaszcza w samotności do Frisk docierało, że ten stan okaże się naprawdę trudny, tym bardziej że nie zawsze mogła liczyć na czyjekolwiek wsparcie. Musiała radzić sobie sama, ale…
– Czy ktoś tutaj jest? – rzuciła w przestrzeń.
Nie otrzymała odpowiedzi. Była tylko cisza, przerywana jej nierównym, przyśpieszonym oddechem. Teoretycznie powinna poczuć się dzięki temu lepiej, mając pewność, że w pobliżu nie znajdował się nikt niepożądany, ale z jakiegoś powodu wymowne milczenie wydawało się pogarszać sytuację.
To tylko sen…
Nie wierzyła w to, z każdą kolejną chwilą przekonana, że chodziło o coś więcej. Ostatecznie odrzuciła od siebie tę myśl, po czym z wolna podniosła się z łóżka, czując, że nie wytrzyma siedzenia w bezruchu ani sekundy dłużej. W pamięci wciąż miała to, jak wyglądało to miejsce, kiedy jeszcze mogła je zobaczyć, dlatego na oślep ruszyła przed siebie, wyciągając przed siebie ręce i ostrożnie stawiając kolejne kroki. Bez Flowey’ego albo kogokolwiek innego, kto mógłby ją poprowadzić, poruszanie się w ten sposób okazało się o wiele bardziej problematyczne, niż gdy mogła liczyć przynajmniej na słowne wsparcie ze strony pewnego nieco złośliwego kwiatu.
Ja mogę ci pomóc, Frisk. Zrozum to wreszcie.
Z wrażenia omal nie potknęła się o własne nogi. Ten głos… Wciąż go słyszała, zupełnie jakby ktoś stał tuż obok i szeptał jej do ucha. Przez chwilę niemalże była w stanie poczuć czyjąś obecność, zupełnie jakby jakaś postać podążała za nią krok w krok, choć to wydawało się niemożliwe. Przecież zorientowałaby się, prawda? Usłyszałaby oddech albo kroki, albo przynajmniej wyczuła ciepło ciała dodatkowej osoby. Przecież nawet w przypadku potworów to się sprawdzało, więc…
A jednak przez krótką chwilę była gotowa przysiąc, że ktoś pochwycił ją za ramię, pomagając uchwycić utraconą równowagę. To mogło być wyłącznie wytworem jej wyobraźni, jednak mimo usilnych starań nie potrafiła w to uwierzyć.
Jestem i byłam prawdziwa… Kiedyś o wiele bardziej niż teraz.
– Kim jesteś? – wyszeptała, czując się przy tym jak skończona idiotka. Czy naprawdę próbowała przemawiać sama do siebie?
Zero odpowiedzi. W zamian w jej umyśle rozbrzmiało coś, co była w stanie określić wyłącznie jako pozbawione wesołości, nieco rozdrażnione parsknięcie.
Idź przed siebie, co? Chyba chciałaś się stąd wynosić, zauważył przytomnie głos. Teraz, kiedy zaczęła go wyczekiwać, wydawał się wyraźniejszy i łatwiejszy do zrozumienia. Co prawda Frisk wciąż miała wrażenie, że słowa dochodziły do niej jakby z oddali, w rzeczywsitości będąc niczym obca myśl, która z jakiegoś powodu rozbrzmiewała w jej umyśle, ale nad tym zdecydowanie nie chciała się rozwodzić.
– Ale Flowey…
To twój najmniejszy problem, obruszył się głos. Poradzi sobie, zresztą to niego chce zatrzymać tutaj Toriel. Po prostu rusz się i doceń to, że chcę być twoimi oczami.
Wciąż miała wątpliwości, zwłaszcza że zaufanie obcemu, niematerialnemu głosowi brzmiało jak czysta abstrakcja i szaleństwo w jednym. Z drugiej strony, tak samo sprawy miały się z poruszaniem po świecie potworów, prawda? Wciąż uczyła się zasad, które tu panowały, począwszy od mieszkańców Podziemia i obecności magii, bo własną determinację, która umożliwiała jej kontrolę nad linią czasu. Biorąc pod uwagę to wszystko, podążanie za niematerialnym szeptem brzmiało dość prawdopodobnie.
A jednak wciąż nie była pewna, czy naprawdę chciała zaufać komuś, kto nie zdradził nawet swojego imienia. Kimkolwiek była ta osoba, wzbudzała w Frisk wątpliwości, co samo w sobie wydało się dziewczynie… niepokojące.
Zaufałam szkieletowi, który przy pierwszym spotkaniu mnie zabił. Dlaczego czuję, że powinnam trzymać na dystans kogoś, kto mnie nie skrzywdził…?
Nie otrzymała odpowiedzi, ale też jej nie oczekiwała. W zamian zmusiła się do tego, by jednak ruszyć się z miejsca, przez krótką chwilę gotowa przysiąc, że ktoś z westchnieniem bierze ją za rękę i prowadzi, wskazując konkretny kierunek.
Otwórz drzwi… Tylko po cichu, bo skrzypią, rozległo się po raz kolejny w jej umyśle. Usłuchała, starając się robić jak najmniej hałasu. A teraz żwawo, bo nie mamy całego dnia. I nie potknij się na schodach, bo nie ma tu nikogo, kto mógłby cię złapać.
Niby jak miała to rozumieć? Pozwalała prowadzić się wyobraźni czy może bezcielesnemu duchowi, który mógł szeptać i którego obecność na swój sposób wyczuwała, nawet jeśli nie był prawdziwy? Niczego już nie rozumiała, ale z jakiegoś powodu wciąż podążała za tym głosem, tak jak i dotychczas godziła się raz po raz umierać i powracać tylko po to, by wypełnić cel, który być może nawet nie należał do niej.
Podążała za determinacją, więc może również ten szept mógł okazać się wybawieniem.
Gdzie ty jesteś, Flowey…?, przeszło jej przez myśl, ale nie zadała tego pytania na głos. Być może wymknięcie się akurat teraz faktycznie było dobrym pomysłem. Wierzyła, że kwiat bez trudu ją odnajdzie, zwłaszcza że Toriel nie miała żadnego powodu, by powstrzymywać akurat jego. Dla niej liczyło się bezpieczeństwo Frisk i choć ta świadomość sprawiała, że wymykanie się cichaczem wydawało się niewłaściwe, dziewczyna dobrze wiedziała, co stałoby się, gdyby spróbowała porozumieć się z byłą królową poprzez rozmowę.
Uważaj na schody. Powiem ci, kiedy skończą się stopnie.
I tym razem usłuchała, ostrożnie stawiając stopy, w miarę jak stopniowo schodziła w dół. Z miejsca ogarnął ją chłód prowadzącego ku wyjściu z Ruin korytarza, przez co zaczęła żałować, że nie miała przy sobie kurtki Sansa. Z drugiej strony, przy odrobinie szczęścia wkrótce mogła ją od niego pożyczyć, pod warunkiem, że stosunkowo szybko przekonałaby go do siebie. Chciała wierzyć, że reset nie zniszczył wszystkiego albo że faktycznie poznała go na tyle dobrze, by wiedzieć, jak się zachować. Wiedziała już chociażby, że ściskanie mu dłoni na powitanie było złym pomysłem, o ile nie chciała umrzeć przez wyjątkowo głupi kawał z rażeniem prądem.
Och, Flowey zdecydowanie stwierdziłby, że postradała zmysły. Podejrzewała, że coś w tym było, bo spokojne myślenie o śmierci zdecydowanie nie było czymś do końca naturalnym.
Jesteśmy przy końcu korytarza, Frisk. Pamiętaj, że na zewnątrz nie jest bezpiecznie… I że na tę chwilę masz tylko mnie.
– Ciebie, to znaczy kogo? – obruszyła się, coraz bardziej poirytowana tym, że miałaby zaufać kogoś, kogo imienia nie znała. – Kim jesteś? Skąd znasz moje imię? I dlaczego…?
Idź przed siebie.
Wypuściła powietrze ze świstem, sfrustrowana. I to wszystko? Taką odpowiedź miała otrzymywać za każdym razem, gdy spróbowałaby zapytać o szczegóły? To brzmiało jak ponury żart, ale z drugiej strony… Jaki miała wybór? Co mogła zrobić teraz, kiedy wyjście na zewnątrz znajdowało się dosłownie na wyciągnięcie ręki?
Jakby na zawołanie poczuła pod palcami nierówną powierzchnię dzielących ją od lasów Snowdin wrót. Wyraźnie czuła chłód i magię, jakże charakterystyczne dla tego miejsca – przejścia, przez które przestąpiła zaledwie raz, ale to wystarczyło, by dobrze zapamiętała ten moment.
Teraz miała zacząć wszystko do nowa, a przynajmniej na to liczyła. Co więcej, gdzieś tam czekał na nią Sans, a to również było dla Frisk istotne.
Wciąż nie zauważyłaś, że to już nie jest twój świat?
Wraz z tymi słowami, głos w jej głowie po prostu zamilkł.
No i tym optymistycznym akcentem żegnamy Ruiny… Chyba ;) Flowey nieźle nabroił, a Frisk właśnie poznała nową osobę. Co z tego wyjdzie? Czas pokaże, a przynajmniej taką mam nadzieje. Przyznam, że jestem z tego rozdziału bardzo zadowolona, a pisanie o duszach i głosach w głowie bardzo przypomina mi tematykę telepatów, w której siedzę od dobrych kilku lat. Mam nadzieję, że takie moje spojrzenie na te kwestie przypadnie Wam do gustu ^^
Dziękuję za obecność, komentarze i to, że Was przybywa (zwłaszcza na Wattpadzie: KLIK). To naprawdę motywuje do pisania. Mogę zapewnić, że kolejny rozdział już za tydzień, więc do napisania. Trzymajcie się! :3