piątek, 20 października 2017

|06| „Czekolada”

Flowey zwiesił liście. Tak, liście. Po czasie, który spędził pod postacią kwiatu, zdążył już dawno przywyknąć do myśli, że nie miał rąk. Ba! Nie dysponował żadnymi kończynami, co w wielu kwestiach potrafiło być naprawdę problematyczne. Tak było chociażby w obecnej sytuacji, bo jakby nie patrzeć utknął w cholernej doniczce do której – o ironio! – wsadziła go własna matka. Mógł nawet przymknąć oko na te wszystkie słabe ogrodnicze żarty, którymi sypała jak z rękawa, ale to i tak było upokarzające.
I dziwne. Zwłaszcza takie. Nie chodziło już nawet o zachowanie Toriel, która z jakiegoś powodu już nie próbowała zabić ani jego, ani Frisk. Do tego też stopniowo zaczynał się przyzwyczajać, dochodząc do wniosku, że tracenie czasu na analizowanie czegoś, co tymczasowo było okolicznością sprzyjającą, nie miało sensu. O to mogli pomartwić się później, jeśli sprawy by się skomplikowały, a tak bez wątpienia miało się stać, skoro Frisk zamierzała opuścić Ruiny. Sądząc po protekcjonalnym zachowaniu Toriel, to niezależnie od wszystkiego miało jej się nie spodobać.
Toriel… Toriel, a nie matki, pomyślał i chociaż miał nadzieję, że ta myśl wzbudzi w nim jakiekolwiek emocje, nie po raz pierwszy doczekał się co najwyżej rozczarowania. Chciał wciąż wierzyć, ż istnieje jakiś sposób, by zaczął zachowywać się jak kiedyś, ale to nie następowało. Nie był pewien, który to już raz pozwalał sobie na cień nadziei, która prowadziła donikąd, ale zwłaszcza w obecnej chwili nie mógł się powstrzymać. To miejsce, ten bliźniaczo podobny dom i Toriel… Nie potrafił tego opisać, ale rozbudzały w nim… coś. Nie determinację, chociaż zawsze miał jej w sobie dużo. Chodziło o coś innego i to go intrygowało, być może właśnie dlatego, że nadal nie potrafił tego uczucia nazwać.
W milczeniu powiódł wzrokiem po niewielkim, dziecięcym pokoju, w którym była królowa ulokowała Frisk. Było ciemno, ale jako potwór widział na tyle dobrze, żeby rozpoznać szczegóły. W efekcie wyraźnie mógł określić, gdzie znajdowały się poszczególne ubrania – szafa z ubraniami, wypełniona książkami komoda czy zakurzony kufer z zawartością, z którą jeszcze nie miał okazji się zapoznać. Na ścianach dostrzegł kilka wykonanych dziecięcą ręką rysunków – kolorowych, wykonanych kredkami linii, układających się w niedoskonałą kopi naprędce naszkicowanych domków, drzewek, kwiatków i co tam jeszcze zwykły rysować małolaty. Nie miał wątpliwości, że kiedyś by mu się to spodobało, zwłaszcza że Chara zawsze lubiła rysować. Zwykle jej wtedy towarzyszył, a potem razem biegli do rodziców z kolejnymi pracami, z których część – podobni jak te, które widział w tym pokoju – lądowała na ścianach.
Chwilę jeszcze wodził wzrokiem na prawo i lewo, dziwnie przygnębiony. Oczywiście, że znał układ sypialni; w końcu ten pokój też niemalże dokładnie odwzorowywał tę, którą zajmowali z Charą. Różnica sprowadzała się przede wszystkim do liczby łóżek, bowiem tu znajdowało się tylko jedno – również małe, w dziecięcym rozmiarze, co jednak nie przeszkadzało Frisk w zwinięciu się na nim w kłębek. Toriel wydawała się zachwycona, mogąc wskazać swojej nowej podopiecznej miejsce odpoczynku, przed wyjściem zresztą starannie okryła „swoje dziecko” kołdrą, dokładnie jak kiedyś Charę i…
Dosyć.
Wspomnienia go drażniły, w znacznym stopniu przytłumione przez brak jakichkolwiek cieplejszych uczuć. Och, poza tęsknotą – za czuciem, które najwyraźniej bezpowrotnie stracił. To jedynie podsycało rozdrażnienie, sprawiając, że Flowey z miejsca zapragnął znaleźć się gdzieś indziej. Przecież właśnie dlatego nie wspominał – bo to niosło ze sobą więcej frustracji niż pożytku. Prościej było odciąć się od przeszłości i zachowywać tak, jakby nic szczególnego nie miało miejsca, skoro w tym miejscu liczyło się przede wszystkim przeżycie.
Zabij albo zgiń. Ta jedna zasada rządziła tym światem, a on już i tak zachowywał się jak głupiec, wzbraniając się przed nią na wszystkie możliwe sposoby. Co prawda jego próby ucieczki wydawało się niczym w porównaniu z podejściem Frisk, która dosłownie wychodziła do pragnących jej śmierci potworów z duszą na dłoni, ale i tak czasami zastanawiał się czy to wszystko miało sens. Z drugiej strony, ta linia czasu wydawała się… absolutnie inna, jakby za sprawą zaledwie jednego resetu cały świat stanął na głowie. Tyle przynajmniej zdążył zaobserwować po wyglądzie Ruin i zachowaniu mieszkających tu istot, ale to i tak wydało mu się nietypowe.
Wciąż pogrążony w sprzecznych myślach, ostrożnie oswobodził korzenie, pozwalając jednemu z nich wydostać się poza doniczkę. Spojrzał na Frisk, chcąc upewnić się, że dźwięk przesuwanej ziemi jej nie obudzi, po czym sięgnął aż do stojącej w pokoju szafy. Drzwi zaskrzypiały lekko, kiedy je otworzył, chcąc zajrzeć do środka. Zaraz po tym zawahał się, tępo wpatrując w znajome ubrania – dwukolorowe koszulki w paski, czego zresztą mógłby się spodziewać, gdyby nie to, że zamiast przewidywanych kolorów czerni i czerwieni, powitały go zieleń i żółć. Cóż, to była subtelna zmiana, ale jednak. Nie żeby miał cokolwiek do takiego zestawu barw, zwłaszcza że kojarzyły mi się z kwiatami, ale…
Ach, to była jedna z tych rzeczy, które wydawały mu się inne, chociaż wcześniej tego nie zauważył. Czerwień i czerń. Odkąd tylko sięgał pamięcią, królowały dosłownie wszędzie, przez co ich obecność stała się dla niego tak oczywista, że przestał zwracać na nie uwagę. Teraz jednak wyraźnie widział, że uległy zmianie, wyparte przez zdecydowanie przyjemniejsze kolory. Również Toriel nosiła się inaczej, odziana w fioletową szatę, zdobioną znanym wszystkim w Podziemiach symbolem zstępującego z góry anioła.
Tia… Anioł.
Machinalnie spojrzał na śpiącą Frisk. Od biedy by pasowało, chociaż dla niego to i tak była idiotka. Jego kretynka, próbująca ratować dusze, które na to nie zasługiwały. Jeśli wszystkie anioły to debile niebo musiało być interesującym miejscem.
Z korytarza doszły go ciche, zmierzające w stronę sypialni kroki. Natychmiast zamknął szafę, po czym wycofał korzenie z powrotem do doniczki, chociaż trwanie w ciasnym pojemniku zdecydowanie nie było mu na rękę. Przez chwilę wahał się nad udawaniem snu, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie, w zamian czujnie wpatrując się w drzwi i próbując wyglądać nieszkodliwie.
Jestem stokrotką! Nieszkodliwą stokrotką, która skopie ci dupę, jeśli spróbujesz zamordować moją kretynkę we śnie…!
– Ehm… Frisk? – Toriel uchyliła drzwi, by zajrzeć do środka. Jej spojrzenie powędrowało ku łóżku, na ustach zaś pojawił się łagodny, troskliwy uśmiech. Flowey mimowolnie się rozluźnił, nie potrafiąc wyobrazić sobie ataku, przynajmniej na razie. – Ach… Nie śpisz? – usłyszał i to wystarczyło, żeby uświadomił sobie, że Toriel zwróciła uwagę również na niego.
– Nie potrzebuję tego – odparł bez większego zainteresowania.
Kłamał tylko po części, bo faktycznie potrzebował stosunkowo niewiele snu. Z drugiej strony, być może trafniejszym stwierdzeniem byłoby nie tyle to, że nie musiał regularnie sypiać, ale raczej to, że przywykł do czuwania. W sytuacji, w której nie ufasz nikomu, chwila nieuwagi mogłaby okazać się naprawdę niebezpieczna.
– Och… – Po wyrazie twarzy Toriel nie potrafił stwierdzić, czy mu uwierzyła. Sposób, w jaki na niego spoglądała, sam w sobie wydawał się dziwny, zupełnie jakby chciała doszukać się w nim kogoś innego. Ta myśl wydała się Flowey’mu dziwna, zresztą jak i świadomość, że kobieta mogłaby go oceniać. – Skoro tak, może chcesz dotrzymać mi towarzystwa? Pomyślałam, że upiekę ciasto, zanim Frisk się obudzi.
– Ciasto? – powtórzył sceptycznie. Aż za dobrze pamiętał niejadalną masę, którą ostatnim razem uraczyła ich w ostatniej linii czasu.
– Mhm. Karmelowo–cynamonowe – wyjaśniła konspiracyjnym szeptem, wymownie spoglądając na Frisk. – Nie wiesz przypadkiem, czy będzie jej odpowiadało? Nie zapytałam o to wcześniej… No i naturalnie tobie.
Flowey spojrzał na nią z niedowierzaniem, mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy przypadkiem się nie przesłyszał. Pytała go o zdanie? I – co więcej – znów zachowywała się w tak przychylny sposób? Co więcej, wzmianki o cieście brzmiały całkiem nieźle, chociaż to jeszcze o niczym nie musiało świadczyć. Nie, to nie tak, że był jakkolwiek zainteresowany tym, co zamierzała bądź nie, ale…
– Ta… Co tam sobie chcesz – mruknął z opóźnieniem.
W normalnym wypadku by odmówił, ale perspektywa wyrwania się z tego pokoju brzmiała bardziej kusząco. Zresztą Frisk spała, a on był naprawdę znudzony tkwieniem w jednym miejscu. Tak przynajmniej mógł bez przeszkód rozejrzeć się po okolicy, a przy okazji dopilnować się, że tym razem nikt nie spróbuje ich otruć.
Nic ponadto.
Wcale a wcale…
Twarz Toriel rozpromieniła się, a ona sama wydawała się nie zwracać najmniejszej uwagi na to, że wciąż był względem niej opryskliwy. Nawet nie drgnął, kiedy podeszła bliżej, żeby ostrożnie pochwycić doniczkę w dwie duże, miękkie dłonie. Flowey nieznacznie odsunął się, próbując ustawić w taki sposób, by ograniczyć ewentualny kontakt fizyczny do minimum. Próbował zachować neutralny, wręcz znudzony wyraz twarzy, ale to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli początkowo zakładał. Nie, skoro otaczał go znajomy zapach i ciepło osoby, która kiedyś była dla niego ważna – dawno, dawno temu, kiedy jeszcze potrafił czuć.
– W porządku. A więc kuchnia – zadecydowała Toriel.
Wywrócił oczami. Myślałby kto, że mogłaby brzmieć na usatysfakcjonowaną perspektywą spędzenia z nim czasu. Bardziej prawdopodobne wydawało się, że chciała odizolować go od Frisk, żeby… Och, o cokolwiek jej chodziło, musiał być ostrożny. Nikt w Podziemiach nie miał dobrych intencji, czego zdążył nauczyć się już całe lata temu.
A jednak jakaś jego cząstka wydawała się ufać Toriel. Czuł się rozdarty wewnętrznie, co jedynie potęgowało frustrację, którą odczuwał od dłuższego czasu. Cholera, cholera, cholera… W co on się wpakował? Powinien zgarnąć Frisk i zmywać się stąd tak szybko, jak to możliwe, zanim po raz kolejny wszystko zacznie się sypać.
Próbował zbyt ostentacyjnie nie rozglądać się dookoła, zwłaszcza że dobrze znał to miejsce. Tak, dom wyglądał niemalże tak samo jak ten, w którym mieszkali w Stolicy. Gdzieś w oddali zauważył nawet pokój, który w normalnym wypadku zajmowałby ojciec, chociaż naturalnie nie mogło go tutaj być. Była tylko wyraźnie bardzo spragniona towarzystwa Toriel; czuł to całym sobą, tak bardzo wyraźna wydawała się obecność jego matki w tym miejscu. To okazało się niemalże bolesne, chociaż Flowey nie sądził, że w ogóle będzie w stanie poczuć coś takiego.
– Jesteśmy.
Kuchnia nie wyróżniała się niczym szczególnym. Na pewno była czysta i całkiem przytulna, zwłaszcza przez wzgląd na swój niewielki rozmiar. Sam wylądował na jednym z blatów, ze swojego miejsca mając idealny wzgląd na wszystko, łącznie z Toriel, która bez pośpiechu ruszyła w stronę lodówki, szukając składników. Flowey zawahał się, na krótką chwilę zamierając, kiedy wewnątrz mignęło mu charakterystyczne opakowanie.
– Hm… C-czekolada? – zapytał, zanim zdążył się powstrzymać. Głos ledwo zauważalnie mu zadrżał, kiedy wypowiedział to jedno słowo.
– Lubisz? – podchwyciła natychmiast Toriel i nie czekając na odpowiedź, prócz jajek pochwyciła również jedną tabliczkę. – Zawsze mam tu trochę. To… stare przyzwyczajenie – dodała wymijającym tonem.
Ona zawsze uwielbiała czekoladę…
– Nieszczególnie – wycedził, próbując wziąć się w garść. Z ukosa zerknął na czekoladę, kiedy Toriel położyła ją tuż obok niego.
– Skoro tak twierdzisz… – Kobieta wróciła do szperania po szafkach. – Nie krępuj się, gdybyś jednak zmienił zdanie.
Zmienił zdecydowanie szybciej, niż początkowo mógłby zakładać. Sam nie był pewien, co go podkusił, żeby jednak napocząć opakowanie i podebrać niewielki kawałek, ale nie mógł się powstrzymać. W końcu to była ta czekolada. Nie chodziło nawet o smak czy to, że jakoś szczególnie lubił słodycze, ale samą możliwość przypomnienia sobie, jak to kiedyś było. W końcu Chara ją uwielbiała i…
Och, tak, teraz najpewniej zabiłaby go za to, że w ogóle odważył się tknąć jej smakołyk. Nie żeby nigdy się nie dzieliła, zwłaszcza z nim, ale dla zasady zdecydowanie pokazałaby mu, że nie jest zadowolona.
Miał wrażenie, że wspomnienie siostry od bardzo dawna nie było aż tak żywe.
I w tamtej chwili nie miał wątpliwości, że gdyby Chara wciąż żyła, bez trudu pozwoliłaby mu znów poczuć – i to nawet bez duszy. Jedyna osoba, o którą tak bardzo się troszczył, musiała być do tego zdolna.
– Chyba ci smakuje.
Wyprostował się tak gwałtownie, że niemalże strącił doniczkę z blatu. Toriel w pośpiechu przesunęła się, by odsunąć go od krawędzi, ale prawie nie zwrócił na to uwagi. Natychmiast uciekł wzrokiem gdzieś w bok, uświadamiając sobie, że od dłuższej chwili uśmiechał się jak głupi i… niemalże płakał, chociaż to zdecydowanie nie powinno mieć miejsca.
Zawsze byłem płaczkiem, co Chara?
– Nie zachodź mnie w ten sposób! – wyrzucił z siebie na wydechu. – I odsuń się. Ja… Dobra, już stoję stabilnie!
Przez twarz kobiety przemknął cień, ale przynajmniej usłuchała. Flowey zawahał się, pierwszy raz od dawna zaczynając żałować, że podniósł na kogokolwiek głos. Chciała tylko pomóc, ale…
Cholera, ta linia czasowa była dziwna. Wszystko się takie wydawało, a on nie pojmował co i dlaczego uległo zmianie.
Dłuższą chwilę w milczeniu obserwował Toriel, która zabrała się do robienia ciasta, nucąc coś cicho. Nawet jeśli była przygnębiona z jego powodu, nie dawała niczego po sobie poznać, zupełnie jakby nic szczególnego nie miało miejsca.
– Nie rozumiem – oznajmił pod wpływem impulsu, tym samym skutecznie ściągając na siebie jej wzrok.
– Czego, Flowey?
Skrzywił się, kiedy użyła tego imienia. Ale przecież to było w porządku, prawda? Miał na imię Flowey. Kwiat Flowey.
– O co ci chodzi – wyjaśnił zgodnie z prawdą. – Widzę, że mi nie ufasz, a ja też nie należę do najmilszych osób pod słońcem. To akurat robota dla Frisk… – Zamilkł, po czym z uwagą zmierzył Toriel wzrokiem. – Więc o co chodzi? Siedzimy w kuchni i naprawdę pieczesz ciasto. Do czego ci moje towarzystwo?
– Nie chciałabym, żebyś siedział sam w pokoju, skoro Frisk śpi – odpowiedziała ze spokojem. – Poza tym twoja obecność wcale mi nie przeszkadza. W zasadzie… – Zamilkła, jakby w ostatniej chwili powstrzymując się przed dokończeniem myśli. – Nieważne. Byłbyś taki dobry i podał mi mleko? O ile jesteś w stanie, oczywiście – poprawiła się pośpiesznie, wymownie zerkając na doniczkę.
Otworzył i zaraz zamknął usta, czekając na jakąś puentę tego kawału – bo to musiał być żart, nie widział innej możliwości. Przynajmniej z jego perspektywy niedorzecznym wydawało się, że mieliby siedzieć sobie w kuchni i piec ciasto, czy cokolwiek miało z tego wyjść.
Toriel rzuciła mu zachęcające spojrzenie, najwyraźniej zamierzając cierpliwie czekać, aż podejmie decyzję. Flowey wywrócił oczami, po czym – nie dając sobie szansy na dalsze wahanie – wysunął korzenie, by móc pochwycić pozostawiony na jednym z blatów kartonik.
– Dobra.
To nie było tak, że chciał pomagać albo że sytuacja wydawała się jakkolwiek znajoma. Chyba każde dziecko kiedyś pomagało w kuchni, więc to doświadczenie nie robiło na nim najmniejszego wrażenia. Prawda była taka, że czuł się znudzony, więc nawet zabawa w „podaj-przynieś” wydawała się lepsza od biernego stania i ignorowania wszystkich wokół. Nie, to zdecydowanie nie było tak, że w pewnym momencie wykonywanie poleceń Toriel zaczęło sprawiać mu przyjemność, nie wspominając o spoglądaniu, jak wykorzystywała magie, by przywołać ogień i piec. Cóż, przynajmniej stało się jasne, dlaczego wciśnięty w kąt kuchni piekarnik wydawał się tak czysty, jakby nikt nigdy z niego nie korzystał.
Przez większość czasu trwali w ciszy, ale to wydawało się innym rodzajem milczenia, niż to na początku. Przynajmniej Flowey czuł się bardziej swobodnie, aniżeli początkowo mógłby się spodziewać. Milczał, obserwował i to wydawało się dobre, bo mało kiedy czuł się swobodnie w czyimkolwiek towarzystwie. Co prawda w jakimś stopniu wciąż podchodził do Toriel nieufnie, doszukując się w jej zachowaniu czegokolwiek niewłaściwego, ale przecież widział, że jej intencje… wydawały się czyste. Cokolwiek sobie o nim myślała, wyraźnie nie miała nic przeciwko temu, że towarzyszył jej w kuchni.
– Pozwolisz, że cię o coś zapytam? – usłyszał nagle.
Drgnął, wyrwany z zamyślenia. W pierwszym odruchu miał ochotę znów warknąć coś na temat nachodzenia bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Dobra, czasami mógł sobie darować. Tylko w wyjątkowych sytuacjach.
Skupił się na Toriel, zaskoczony tym, że przyglądała mu się w uważny, niemalże troskliwy sposób. To było… dziwne, nie wspominając o tym, że sprawiało, że czuł się naprawdę niezręcznie.
– Ta, jasne… Dobra – mruknął, mając wrażenie, że przyjdzie mu tego pożałować.
– Co jest nie tak z twoimi płatkami? – zapytała i zrobiła taki gest ręką, jakby chciała go dotknąć, jednak – całe szczęście! – w porę się wycofała. – Są bardzo postrzępione. Ktoś was zaatakował, zanim przyszłam, czy…?
– To nie jest coś, czym powinnaś się interesować – niemalże wycedził. – Zresztą to nie jest ważne. Mam tak… od dłuższego czasu – dodał wymijająco.
Właściwie nie potrafił zliczyć, jak wiele razy musiał walczyć o przeżycie. W tym świecie potwory nie traktowały się dobrze, a przynajmniej tak było do tej pory. Zanim pojawiła się Frisk, miał w sobie dość determinacji, żeby kontrolować linię czasową, ale nawet to nie uchroniło go od kilku trwałych „pamiątek” po niechcianych konfrontacjach. Najważniejsze jednak pozostawało dla Flowey’go to, że wciąż żył; to, jak wyglądał, pozostawało sprawą drugorzędną, nawet jeśli mógł sprawiać wrażenie zmarnowanego.
– Ach… Mogłabym spróbować to naprawić – zasugerowała natychmiast Toriel, kolejny raz wytrącając kwiat z równowagi. – Nie myślałeś kiedyś o tym.
– Nie znam się na magii uzdrawiającej – mruknął, zastanawiając się nad tym, czy powinien spróbować się odsunąć. To, że była dla niego taka miła, nie pomagało. – Zresztą potworze jedzenie nie pomogło, więc dlaczego ty miałabyś?
– Ponieważ czysta magia jest silniejsza. – Toriel spojrzała na niego z wahaniem. – Nie obraź się, ale… spodziewałabym się, że wiesz o tym najlepiej. Mam na myśli… Cóż, jesteś rośliną. Zawsze mi się wydawało, że to sprzyja nauce zielonej magii – przyznała, a Flowey prychnął.
– Ty najwyraźniej nie potrzebujesz korzeni, żeby kogokolwiek leczyć.
Toriel zaczęła się śmiać. Och, naprawdę jej nie rozumiał!
– Masz rację – przyznała, po czym zachęcająco wyciągnęła rękę w jego stronę. – Pokaż, niech zobaczę, co mogę zrobić… – podjęła i nawet nie czekając na reakcję z jego strony, przesunęła palcami po jego płatkach. Miał ochotę ją odepchnąć, przez chwilę nawet bliski wysunięcia korzeni z ziemi, ale… ciepło uzdrawiającej magii okazało się całkiem przyjemne. – Nie myślałeś o tym nigdy, Flowey – podjęła ze spokojem Toriel. – Nigdy nie zrozumiem, dlaczego tak mało potworów wprawia się w zielonej magii. Uzdrawianie to jedna z najpraktyczniejszych umiejętności, które możemy posiąść.
– Łatwo powiedzieć, kiedy wie się jak – mruknął Flowey. Naprawdę nie chciał, żeby go dotykała, ale wciąż nie próbował interweniować.
– Każdy potwór wie, jak używać magii. Wszystko zależy od tego, do czego pragniesz ją wykorzystać.
– Nie sądzę, żeby to tak działało.
Co to miała być, samo spełniająca się przepowiednia? Zamiast zabić, miał sobie wizualizować, że odzyskuje zdrowie albo oddaje je komuś? To naprawdę brzmiało jak żart!
– Przecież właśnie z tego jesteśmy stworzeni. Magia jest w nas odkąd istniejemy, czyż nie? – nie dawała za wygraną Toriel. Tak, dobrze wiedział jak to jest z potworami, łącznie z tym, z czego podobno były stworzone, ale istniał mały, pozornie nieistotny szczegół… – Wyobraź sobie, że to jest w twojej duszy. Wystarczy tylko tam sięgnąć.
Tym razem nie powstrzymał się od nieco gorzkiego, pozbawionego wesołości śmiechu. Czuł, że jego twarz się zmieniła, kiedy wykrzywił usta w czymś na kształt karykatury uśmiechu.
– Wszystko pięknie, ale… Prawda jest taka, że nie mam duszy od bardzo, ale to bardzo dawna – oznajmił z rozbrajającą wręcz szczerością.
Zaraz po tym zapadła długa, wymowna cisza.
No i jest :D Miałam problem z nadaniem temu rozdziałowi tytułu, ale ten wydał mi się odpowiedni: bo wiele w końcu zaczęło się właśnie od czekolady. Przyznam, że jestem zaskoczona tym, jak łatwo przyszło mi pisać oczami Flowey’ego, zwłaszcza kiedy przyszło do wspominek i spędzenia czasu z Toriel. Mam nadzieję, że przyszło mi to dość naturalnie, chociaż ocenę pozostawiam Wam.
Kolejny w przyszłym tygodniu. I mam nadzieję, że uda mi się wprowadzić to, co planuję, bo powoli zbliżamy się do momentu opuszczenia Ruin. Mam nadzieję, że sposób w jaki prowadzę akcję, przypadnie Wam do gustu.
Na koniec dziękuję za obecność, wyświetlenia, komentarze i to, że po prostu nie piszę w eter. Wsparcie wiele dla mnie znaczy, naprawdę. No i zapraszam do zapoznania się z nowym tłumaczeniem, za które się zabrałam – „Blizna czasu” by C-Puff. Do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz