piątek, 8 grudnia 2017

|08| „Cień”

Drzwi otworzyły się z trudem – dokładnie tak jak za pierwszym razem, kiedy musiała naprzeć na nie całym ciałem, by mieć szansę przedostać się na drugą stronę. O dziwo, olbrzymie wrota nawet nie skrzypnęły, wbrew wszystkiemu poruszając się bardzo lekko, zupełnie jakby cały miniony czas nie odcisnął na nich najmniejszego nawet piętna. Magia, wyjaśniła sobie w naturalny sposób Frisk i prawie udało jej się uśmiechnąć; jakby nie patrzeć, cokolwiek się działo, zawsze miało związek tylko z jednym.
Ze świstem wypuściła powietrze, nie kryjąc zmęczenia. Poczuła ulgę, słysząc jak głos w głowie zaczyna nalegać, by po prostu wyszła na zewnątrz. W pośpiechu prześlizgnęła się między drzwiami a framugą, niepewnie stawiając pierwszy krok na miękkim, białym śniegu. Zadrżała, bo choć podziemia wypełniał chłód, temperatura panująca w lasach Swnowdin mimo wszystko dawała jej się we znaki. Oczami wyobraźni wręcz widziała ten pozornie niepokojący krajobraz, na który składały się dziesiątki jakby wymarłych, ustawionych jeden koło drugiego starych pni, a także zalegający na ziemi śnieg. Pomijając własny oddech i cichy świst przemykającego między konarami wiatru, nie słyszała absolutnie niczego, co również nie wpływało pozytywnie na pewność siebie.
A jednak Frisk wcale nie miała poczucia, że powinna się wycofać. Nie tym razem. Za pierwszym razem była niedoświadczona i wciąż pod wpływem dziesiątek prób, które musiała podjąć, by uciec od Toriel, jednak teraz…
Ach, ufało się! Tak po prostu, a na jej ciele nie pojawił się żaden, nawet najmniejszy złoty kwiat. Co prawda wciąż miała wyrzuty sumienia po tym, jak zostawiła Flowey’ego, ale prowadzący ją głos wydawał się mieć rację. To wyłącznie ona stanowiła problem. Kwiat jak zwykle miał sobie poradzić, poza tym prędzej czy później musiał dać sobie radę z tym, żeby ją odnaleźć. Komu jak komu, ale jemu zdecydowanie w tej kwestii ufała.
Masz w sobie zadziwiająco dużo wiary jak na kogoś, kto spotkał śmierć tak wiele razy, zauważyła cicho niespodziewana towarzyszka. Frisk wciąż nie potrafiła stwierdzić czy głos jest prawdziwy, czy może jednak zaczynała tracić zmysły, ale nie chciała się tym przejmować. W tym świecie zaakceptowała tak wiele dziwnych rzeczy, że jedna więcej nie wydawała się niczym złym.
– Jakby nie patrzeć, wciąż żyję – powiedziała cicho, ze spokojem ruszając przed siebie. Nie usłyszała niczego, co świadczyłoby o tym, że wejście do Ruin kolejny raz zostało zapieczętowane, ale jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że tak właśni się stało. – Nie ma sensu rozpamiętywać przeszłości… Zwłaszcza takiej, która miała miejsce tylko dla mnie.
No cóż, manipulowanie czasem naprawdę potrafiło być skomplikowane. To ona pamiętała skutki każdej decyzji, wszystkie śmierci i błędy, które popełniła. No, niektóre również Flowey, nie zmieniało to jednak faktu, że nawet gdyby chciała kogoś obwinić, nie byłaby w stanie. Jak chociażby miała stanąć przed Toriel i zarzucić jej wielokrotną śmierć? To nie miało sensu, a już na pewno nie przyniosłoby niczego dobrego.
Inną kwestią było to, że Frisk po prostu nie chciała tego rozpamiętywać. Podziemia przyniosły jej sporo bólu, ale również obdarowały mocą, którą chciała wykorzystać jak najlepiej. Wybaczyła tak wiele razy właśnie po to, by przynieść temu światu coś dobrego. Zresztą po to właśnie zdecydowała się na reset – kolejną próbę, choć i ta mogła jedynie udowodnić, że tak naprawdę istniało tylko jedno, sensowne rozwiązanie.
Zadziwiające…
– Brzmisz trochę jak Flowey – zasugerowała, nie mogąc się powstrzymać. Tak jak i jej przyjaciel kwiat, głos w głowie miał wyraźny problem ze zrozumieniem jej decyzji.
Nie porównuj nas!, padło w odpowiedzi. Słychać było, że sama sugestia nie przypadła do gustu właścicielowi mentalnego szeptu. Zresztą nie o to chodzi. Może po prostu jesteś głupia.
Frisk zignorowała te słowa, podejrzewając, że w przyszłości usłyszy je jeszcze wielokrotnie. Cóż, możliwe, że tak właśnie było, ale… czy to naprawdę okazałoby się aż takie złe? Jak długo miała cel, żeby trwać w tym świecie i raz po raz starać się iść przed siebie, mogła próbować.
Wyraźnie słyszała swoje kroki – bardzo ostrożne, z wolna prące naprzód poprzez śnieg. Zimno szybko zaczęło dawać jej się we znaki, przez co znów zaczęła żałować, że nie miała na sobie kurtki Sansa. Z drugiej strony, to była tylko kwestia czasu, prawda? Wciąż czuła się podekscytowana tą perspektywą – rychłym spotkaniem, którego mogła doświadczyć dosłownie w każdej chwili. Niemalże nasłuchiwała dodatkowych kroków za plecami – czegokolwiek, co świadczyłoby o obecności dodatkowej osoby. Za pierwszym razem była przerażona i za radą Flowey’ego poruszała się szybciej, ale tym razem takie rozwiązanie nie wchodziło w grę, Frisk zresztą nie widziała żadnego powodu, by próbować uciekać. Nie, tym razem musiała się zastanowić i przynajmniej spróbować podjąć sensowną decyzję.
Po pierwsze, tym razem nie zamierzała uściskać mu dłoni. Zdecydowanie nie chciała, by po raz kolejny przyczynił się do jej śmierci, zwłaszcza że dobrze wiedziała, jak bardzo później tego żałował. Sama zresztą też nie śpieszyła się na tamten świat, niezależnie od tego, czy miała w sobie dość determinacji, by ostatecznie wrócić do życia.
A po drugie, musiała zrobić wszystko, byleby dowiedzieć się, jakie tak naprawdę mieli możliwości. W rzeczywistości nie dysponowała żadnym konkretnym planem, poza oczywistym pragnieniem, by dotrzeć do bariery. Nie miała pojęcia, co miało wydarzyć się później i czy reset sam w sobie faktycznie miał jakikolwiek sens.
Pragnęła wszystkich uwolnić i tylko to się liczyło. Jeśli z tego powodu miałaby wrócić do punktu wyjścia i zaoferować własną duszę…
Nie rozumiem.
– Czego? – zapytała, machinalnie już reagując na rozbrzmiewający w jej głowie głos.
Nieważne, padło w odpowiedzi. Niespodziewana towarzyszka Frisk zareagowała zbyt gwałtownie, by dziewczyna tak po prostu uwierzyła, że nic szczególnego nie wchodziło w grę, ale powstrzymała się od pytań, nie mając wątpliwości, że i tak nie doczekałaby się odpowiedzi. Idź przed siebie. I lepiej się pośpiesz, bo nie jesteśmy tutaj same, ponagliła, tym samym wzbudzając we Frisk jeszcze więcej wątpliwości.
Nie były same? Zawahała się, nasłuchując i próbując zrobić jakikolwiek użytek z pozostałych jej zmysłów. Słyszała kiedyś, że osoby w jakimkolwiek stopniu ograniczone, pozostawały wyjątkowo wrażliwe na inne z dostępnych im bodźców, a jednak mimo koncentracji nie wychwyciła niczego, co świadczyłoby o obecności jeszcze jednej osoby. Wręcz przeciwnie – wszystko wskazywało na to, że jest sama, na oślep podążając jedną z zaśnieżonych ścieżek lasu Snowdin.
Uważaj na konar. Łatwo się o niego potknąć, rozbrzmiał po raz kolejny w jej umyśle. Zwolniła, po czym z wolna przesunęła się naprzód, rozluźniając się dopiero z chwilą, w której czubkiem buta uderzyła o przeszkodę. Ostrożnie przeszła nad kawałkiem drewna, po części żałując, że wydawał się zdecydowanie zbyt duży, by mogła go zabrać. Gdyby znalazła odpowiednio długi i zdatny do niesienia kij, mogłaby wykorzystać go, by łatwiej się poruszać. Co prawda miała raz po raz rozbrzmiewający w jej głowie głos, który z jakiegoś powodu udzielał jej wskazówek, ale perspektywa większej samodzielności wydała się dziewczynie kusząca.
Usłyszała westchnienie, co skutecznie uświadomiło Frisk, że towarzysząca jej bezcielesna postać najwyraźniej z łatwością mogła kontrolować każdą z myśli.
Jeśli coś znajdę, dam ci znać. Na razie po prostu idź przed siebie, nakazała, kolejny raz nie pozostawiając swojej podopiecznej innego wyboru, prócz próby zaufania. Jest cicho. I spokojnie, a to dobrze, bo…
Frisk aż podskoczyła, kiedy tuż za jej plecami rozległ się głośny trzask. Serce jak na zawołanie zabiło jej szybciej, waląc tak szybko i mocno, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz i gdzieś uciec. Machinalnie obejrzała się przez ramię, choć to wydawało się bez sensu, skoro niczego nie widziała. Próbowała wychwycić cokolwiek więcej albo przynajmniej zorientować się, co mogłoby wywołać hałas, jednak i to okazało się niemożliwe. W efekcie po prostu tkwiła w miejscu, niezdolna do wyciągnięcia jakichkolwiek, choćby po części sensownych wniosków.
Uciekaj.
To jedno polecenie wytrąciło ją z równowagi bardziej niż cokolwiek innego. Nie od razu zareagowała, wciąż nie wyobrażając sobie, że akurat teraz miałaby rzucić się do biegu.
– Ale… – zaczęła, jednak nie było jej dane dokończyć.
Biegnij. Do. Cholery!, padło w odpowiedzi. Tym razem głos zabrzmiał niemalże agresywnie, jasno dając do zrozumienia, że sprawy miały się wystarczająco źle, by bezcielesna postać straciła cierpliwość.
Tym razem Frisk nie zaprotestowała, zwłaszcza że jej uszu dobiegł cichy dźwięk, który ostatecznie zinterpretowała jako zbliżające się kroki. „To nie jest twój świat” – przypomniała sobie słowa, które usłyszała z chwilą, w której przekroczyła drzwi Ruin i to wystarczyło, by podjęła decyzję. Choć bieg na oślep, na dodatek po śniegu, wydawał się czystym szaleństwem, natychmiast rzuciła się przed siebie, w duchu modląc o to, by przypadkiem nie potknąć się o własne nogi. Wciąż próbowała nasłuchiwać, chcąc stwierdzić, czy kroki jakkolwiek przyśpieszyły i czy powinna spodziewać się pogoni, ale podczas biegu słyszała przede wszystkim własne kroki, walące w piersi serce i własny przyśpieszony, urywany oddech. Lodowate powietrze skutecznie dawało się jej we znaki, dosłownie paląc płuca i sprawiając, że oddychanie okazało się prawdziwym wyzwaniem. To doświadczenie okazało się wręcz niepokojąco znajome, z miejsca przypominając Frisk, jak czuła się, ograniczona przez kolejne kwiaty.
– Nie… – wyrwało jej się. – Nie, nie, nie…
Biegnij, nie gadaj, zniecierpliwił się głos w jej głowie. I uważaj, bo…
Jakkolwiek brzmiała dalsza część wypowiedzi, Frisk nie miała okazji jej usłyszeć. Nie, skoro bez jakiegokolwiek ostrzeżenia z całą mocą uderzyła w przeszkodę, która dosłownie wyrosła na jej drodze. Z wrażenia aż zatoczyła się do tyłu, oszołomiona bólem i tym, że cokolwiek mogłoby wytrącić ją z równowagi. Spróbowała pochwycić się czegokolwiek, co pozwoliłoby jej utrzymać się w pionie, ale w pobliżu najwyraźniej nie było niczego, co mogłoby posłużyć jej za podparcie. W efekcie ciężko wylądowała na pokrytej śniegiem, zlodowaciałej ziemi, zbytnio zaniepokojona, by próbować się podnieść.
Tym razem wyraźnie usłyszała ciche, podążające za nią od dłuższego czasu kroki. Napięła mięśnie do tego stopnia, że to okazało się niemalże bolesne, niezdolna jakkolwiek ruszyć się z miejsca. W pamięci wciąż miała ponaglenia swojej niewidzialnej przewodniczki, nakazującej jej rzucić się do ucieczki, to jednak w obecnej sytuacji wydawało się niemożliwe i bezsensowne zarazem. Nawet gdyby zdołała się podnieść, nie miała szans wystarczająco szybko wyruszyć w dalszą drogę.
Słup, kretynko, poinformował ją przesadnie uprzejmym tonem cichy głos. Chciałam powiedzieć, żebyś uważała na słup… Albo drewnianą bramę. Cokolwiek to jest.
Drewnianą bramę? To w gruncie rzeczy wiele wyjaśniało, a przynajmniej Frisk wydawało się, że rozumie, w którym miejscu się znajdowała. Co prawda ta wiadomość w najmniejszym stopniu nie sprawiła, żeby dziewczyna poczuła się jakkolwiek lepiej, ale z drugiej strony…
Zbliżające się kroki ucichły równie nagle, co wcześniej rozbrzmiały. To w aż nazbyt oczywisty sposób dało dziewczynie do zrozumienia, że nie była sama – i że gdzieś w pobliżu znajdował się ktoś, kto musiał ją obserwować. Natychmiast zamarła, nasłuchując i do samego końca mając nadzieję na to, że… cóż, bezcielesny głos wprowadził ją w błąd i to mimo wszystko był świat, który znała.
Pragnęła spotkać tylko jedną, aż nazbyt znajomą osobę, która…
– Cóż… Papsowi chyba nie do końca o to chodziło, kiedy twierdził, że chce tym zatrzymać człowieka – doszedł ją głos, który przecież dobrze znała, chociaż z jakiegoś powodu… zabrzmiał zupełnie inaczej. Nie była pewna, jak sprecyzować tę różnicę, ale jedno było dla Frisk aż nazbyt oczywiste: nie miała do czynienia ze swoim Sansem. – Masz niezłego cela, wiesz?
– Ja… – zaczęła, ale nie było jej dane dokończyć.
Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co się dzieje albo co powinna powiedzieć, poczuła nieprzyjemny ucisk w piersi. Aż za dobrze znała to uczucie – moment, w którym magia owijała się wokół jej duszy, skutecznie ją unieruchamiając. Zaraz po tym wszystko potoczyło się bardzo szybko, zdecydowanie nie zmierzając w kierunku, którego Frisk mogłaby oczekiwać.
Wyrwał jej się cichy okrzyk, kiedy bez jakiegokolwiek ostrzeżenia została poderwana ku górze, by ostatecznie zawinąć w powietrzu, głową w dół.
– A teraz, dzieciaku, bądź taka dobra i wyjaśnij mi, co się tu dzieje…
Czekanie było… nudne. Zwykle w takich chwilach jeszcze bardziej odechciewało mu się wszystkiego i to w stopniu większym niż na co dzień. Zwykle kończyło się to tym, że ucinał sobie drzemkę, ryzykując to, że prędzej czy później brat tak czy inaczej miał go przyłapać. Zdążył już przywyknąć do krzyków i gróźb Papyrusa, zwłaszcza że ten chodził zdenerwowany praktycznie przez cały czas, z kolei na lenistwo Sansa lubił już chyba narzekać tak dla zasady. To było coś normalnego, nawet jeśli dla kogoś nieobeznanego z sytuacją mogło wydawać się co najmniej dziwne.
Tak, w normalnym wypadku zdecydowanie poszedłby spać, żeby choć trochę skrócić zarówno zmianę, jak i kolejny monotonny dzień. Zazwyczaj trzymał się w pobliżu swojej stacji, zamiast bezsensownie krążyć po lesie. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnim razem sam z siebie pozostawał w ruchu, raz po raz przenosząc się z miejsca na miejsce i niespokojnie krążąc w pobliżu drzwi do Ruin. Obserwował, czekał i dosłownie szlag go trafiał z każdą kolejną sekundą przenikliwej, znajomej ciszy.
Jasna cholera, gdzie ona była? Co ją powstrzymywało, skoro przez tyle czasu…?
Och, nie chciał kończyć tej myśli. Nie chciał i tyle, aż nazbyt świadom tego, jak wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Zaczynał wręcz mieć wyrzuty sumienia, że namówił Frisk do podjęcia tak ryzykownej decyzji, ale… Cholera, co innego miał zrobić? Pozwolić, by po tym wszystkim umarła mu na rękach – i to akurat wtedy, gdy pierwszy raz od dawna zaczęło mu zależeć? Takie rozwiązanie zdecydowanie nie wchodziło w grę, choć być może właśnie zachowywał się jak egoistyczny dupek.
Jeśli tak, trudno – nie zamierzał się tym przejmować. Zresztą nie miał nawet gwarancji, że tym razem zdołają cokolwiek zmienić, co jednak nie zmieniało faktu, że chciał spróbować. Ta dziewczyna była za dobra, by tak po prostu poświęcić się za całe Podziemie, zwłaszcza po tym, jak znamienita większość jego mieszkańców bez chwili wahania odebrała jej życie.
Dlaczego w ogóle o tym myślę? I dlaczego… pamiętam…?
Zawahał się, nie pierwszy raz zresztą. Od chwili przebudzenia miał mętlik w głowie, wręcz porażony wspomnieniami tego, co miało miejsce, zanim nakłonił Frisk do resetu. Miał wrażenie, że to wszystko równie dobrze mogło być jakimś pokręconym, szalonym snem – czymś absolutnie nieprawdziwym, co nie miało żadnego związku z realnym życiem. Co więcej, jakaś jego cząstka obawiała się tego, że tracił czas, naiwnie wierząc na pojawienie się kogoś, kto w rzeczywsitości był wytworem jego wyobraźni.
Kurwa, jak bardzo musiał być zdesperowany, skoro śnił o człowieku, który swoim zachowaniem przywodził mu na myśl jakiegoś pierdolonego anioła…? Co było z nim nie tak, jeśli posunął się aż tak daleko, a teraz dosłownie siedział jak na szpilkach, czekając na pojawienie się tej dziewczyny? Zwłaszcza obserwowanie zamkniętych od wieków Ruin wydawało się bezsensowne, zwłaszcza że ciężkie drzwi zdecydowanie nie wyglądały na takie, które ktoś w każdej chwili mógłby otworzyć.
Nie, nie… Wszystko było nie tak. Ewentualnie ostatecznie zwariował w tym chorym, podziemnym świecie, w ten sposób próbując chwytać się resztek nadziei na jakiekolwiek zmiany. W gruncie rzeczy każde wyjaśnienie wydawało się sensowniejsze od istnienia Frisk – kogoś, kto naprawdę miałby cierpliwość do pragnących zabić ją potworów… W tym również do niego. Pojawienie się osoby, która miałaby szansę do niego dotrzeć, wydawało się równie niemożliwe, co i sama teoria resetowania linii czasu, powrotu po śmierci albo kwitnących na czyimkolwiek ciele jaskrów.
Cóż, Sans doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a jednak z jakiegoś powodu wciąż wierzył. Jak inaczej mógł wytłumaczyć to, że z uporem wracał pod same drzwi Ruin, niespokojnie je obserwując. Kościste dłonie wsunął do kieszeni kurtki, po czym wywrócił oczami, wyczuwając znajomy kształt elektrycznego brzęczka, który zawsze nosił przy sobie. Tym razem zdecydowanie zamierzał sobie darować ten debilny żart, który za pierwszym razem Frisk przypłaciła życiem. Wtedy nie pomyślałby, że ludzie są na tyle wrażliwi, by takie natężenie prądu zrobiło im krzywdę, zresztą nie interesowało go to, czy komukolwiek stanie się krzywda – zwłaszcza człowiekowi, skoro tak naprawdę potrzebowali wyłącznie jego duszy.
Frisk mogła być siódma i ostatnia, ale…
Ciche skrzypnięcie wyrwało go z zamyślenia. Natychmiast wyprostował się niczym struna, zamierając między drzewami. Z opóźnieniem dotarło do niego, że to, co usłyszał, to dźwięk otwieranych drzwi – potężnych wrót, które przez cały ten czas obserwował. W ułamku sekundy wszelakie wątpliwości zniknęły, a Sans już tylko wpatrywał się w zapieczętowane dotychczas wejście do Ruin. Przez cały ten czas milczał, tkwiąc w swojej kryjówce i czekając na rozwój wypadków, sam niepewny, w jaki sposób powinien się zachować. Co prawda wcześniej brał pod uwagę kilka możliwości, w zasadzie zależnych od tego, jak będzie wyglądała Frisk. Gdyby zobaczył chociaż jeden kwiat na jej ciele, zdenerwowałby się, a to mogłoby skończyć się różnie, zwłaszcza w sytuacji, gdy przy odrobinie szczęścia wciąż miał szansę dostać się do wnętrza Ruin.
Obserwował, w skupieniu wypatrując znajomej, szczupłej postaci, która niosłaby w ramionach naczynie z pewnym wyjątkowo wkurwiającym, gadającym kwiatkiem. Nie tęsknił za Flowey’em, ale po cichu liczył na jego obecność, aż nazbyt świadom, że to właściwie jedyny potwór, któremu Frisk ufała i który miałby szansę względnie bezpiecznie przeprowadzić ją przez Podziemie. Koniec końców to na nim Sans mógł wyładować swoją frustrację, gdyby było naprawdę źle, poza tym…
Odrzucił od siebie niechciane myśli, w zamian uświadamiając sobie, że coś jest nie tak. To stało się aż nazbyt oczywiste z chwilą, w której z Ruin jednak wyłonił się człowiek – z tym, że drobniutka, niska postać w niczym nie przypominała Frisk. Kimkolwiek była ta istota, najwyraźniej poruszała się sama. Jakby tego było mało, wzrost i postura jednoznacznie świadczyły o tym, że Sans miał do czynienia z dzieckiem. Dotychczas w Podziemiach przede wszystkim pojawiały się ludzkie młode, więc ten widok aż tak bardzo go nie zdziwił – a przynajmniej nie w takim stopniu, jakiego szkielet mógłby oczekiwać.
Co, do cholery…?, pomyślał, ledwo powstrzymując się od wypowiedzenia tych kilku słów na głos. W milczeniu obserwował, jak dziecko staje na ścieżce, po czym w milczeniu rozgląda się dookoła. Możliwe, że wszystko tak naprawdę było winą przewrażliwienia i tego, że Sans przez tyle godzin myślał o Frisk, ale z jakiegoś powodu dzieciak na swój sposób mu ją przypominał – czy to przez sięgające ramion ciemne włosy, czy też sam fakt tego, że przybyła istota była człowiekiem. Jakkolwiek by jednak nie było, wszystko wydawało się zmierzać w najmniej odpowiednim kierunku, zdecydowanie nie wróżąc dobrze.
Zawahał się, po czym nieznacznie pokręcił głową. W porządku, więc do Podziemia wpadł dzieciak – kolejna dusza, którą mógł bez chwili wahania wykorzystać. Siódma i ostatnia, a skoro tak…
A potem uwagę Sansa przykuło coś jeszcze i to wystarczyło, żeby ostatecznie wytrącić potwora z równowagi. Już wcześniej czuł, że coś jest nie tak, jednak dopiero w chwili, w której przyjrzał się przybyszowi dokładniej, w pełni dotarło do niego w czym rzecz. Co prawda to wciąż wydawało się bez sensu, skoro miał przed sobą dziecko, ale…
Nie, pomyślał, ale to nic nie zmieniło.
Małe, zaciśnięte w piąstki dłonie zdecydowanie były pokryte pyłem.
Bardzo przepraszam za dłuższą przerwę między rozdziałami. W listopadzie całkiem rozłożyła mnie choroba i to na tyle gwałtownie, że wyleciał mi z życia praktycznie cały miesiąc (zapalenie gardła – nie polecam). Innymi słowy, nie miałam siły na nic i do tej pory próbuję dojść do siebie. Inne sprawa, że nazbierało mi się trochę zaległości na studiach, poza tym bardzo stęskniłam się za moimi innymi, wampirzymi historiami. Myślę, że mi to wybaczycie ^^
Trudno mi powiedzieć, co tak naprawdę sądzę o tym rozdziale. Pod względem akcji wyszedł tak, jak chciałam, ale ostateczną ocenę pozostawiam Wam :) Trochę się dzieje, a ja mam swoje plany, które przy odrobinie szczęścia mam nadzieję zrealizować.
Dziękuję za obecność i pozytywny odzew pod ostatnim wpisem. To dla mnie wiele znaczy, naprawdę :D Tak więc tym razem zostawiam Was z tym i idę znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz